Portal infoKostrzyn.pl szanuje prywatność swoich czytelników i przetwarza tylko te dane osobowe, które są niezbędne do prawidłowego świadczenia usług informacyjnych jakie oferuje.
Strona wykorzystuje pliki cookies. Mogą Państwo określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w waszej przeglądarce.
Klikając poniższy przycisk zgadzają się Państwo na przetwarzanie zbieranych przez portal infokostrzyn.pl danych osobowych w zakresie i na warunkach opisanych w naszej
Polityce Prywatności.
Wyrażenie zgody jest dobrowolne, ale może być konieczne w celu wykonania niektórych usług.

Zgoda

Dziewczynki, które były zmuszane do pracy – w Siedlcu znajdował się obóz pracy dzieci - .:InfoKostrzyn.pl->gminny portal informacyjny:. Kostrzyn w z@sięgu ręki
  Brzeźno | Czerlejno | Glinka | Gułtowy | Iwno | Jagodno | Kostrzyn | Sanniki | Siedlec | Siekierki | Skałowo | Sokolniki | Trzek | Węgierskie | Wiktorowo | pozostałe | dookoła
Dziewczynki, które były zmuszane do pracy – w Siedlcu znajdował się obóz pracy dzieci
12-05-2019 17:48   Janusz Ludwiczak
Miały po 9-15 lat, zamiast chodzić do szkoły były zmuszane do darmowej pracy ponad siły. W Siedlcu znajdował się Kinderlager Heimdorf Warthegau, czyli hitlerowski obóz pracy, w którym pracowało nawet 52 dziewczynek, które pochodziły z Kostrzyna, Nekli, Środy Wlkp., Gułtów, Czerlejna, Tulec, a nawet z Poznania i Koszalina.

W oddalonym o 6 kilometrów na wschód od Kostrzyna Sieldcu znajduje się barokowo-klasycystyczny obóz, który został zbudowany w latach 1770-1775 dla Antoniego Krzyckiego. W czasie II wojny światowej znajdował się tutaj obóz pracy, w którym dla hitlerowców pracowały dziewczynki, mające od 9 do 15 lat.

– Niemcy podczas II wojny światowej stworzyli sieć obozów koncentracyjnych dla dzieci i młodzieży. Więziono w nich dzieci polskie, czechosłowackie, radzieckie, jugosłowiańskie, francuskie i inne, które miały być germanizowane i przekazywane rodzinom III Rzeczy. Hitlerowcy stworzyli również obozy pracy jako darmową siłę roboczą. Jeden z takich obozów powstał w pałacu w Siedlcu, który nazwano Kinderlager Heimdorf Warhegau – mówi Michał Pawełczyk, historyk i wrzesiński regionalista.

Dziewczynki, którym zabrano dzieciństwo i najmłodsze lata pochodziły z Kostrzyna, Gułtów, Czerlejna, ale również z Nekli, Targowej Górki, Zasutowa, Środy Wielkopolskiej, Giecza, Tulec, a nawet z Poznania, Koszalina czy Żagania. Były zmuszane do pracy na roli, a także w gorzelni i suszarni ziemniaków, które znajdowały się w Siedlcu.

– Na początku 1941 roku, wobec braku okolicznej siły roboczej, co wiązało się z licznymi wywózkami na roboty przymusowe, powstał pomysł zatrudnienia dzieci w majątku (przecież według doktryny państwa hitlerowskiego Polacy byli podludźmi i niewolnikami). W miejsce istniejącego dotychczas w Siedlcu opuszczonego już obozu żydowskiego, mieszczącego się w pałacu barokowo-klasycystycznym skierowano przymusowo do pracy dziewczynki w wieku od 11 do 14 lat. Niemiecki Urząd Pracy w Środzie Wlkp. wysłał pisma o obowiązku stawienia się dziewczynek do urzędu, a tam po badaniu lekarskim wozami konnymi przewieziono je do pałacu w Siedlcu. W pałacu każda dziewczynka otrzymywała swój przydział miejsca na podłodze wyściełanej słomą, a okrytej kocem, miskę, kubek i metalową łyżkę. Do przykrycia podczas spania należał się drugi koc. Mycie zapewniono w misce z zimną wodą. Inne warunki zapewniające poziom higieny nie obowiązywały – opowiada Michał Pawełczyk.

– Wyżywienie przygotowywała kuchnia, w której pracowały dziewczęta. Kucharką była Polka, Józefa Sołtysiak. Przygotowane wyżywienie to trzy posiłki w formie zupy, do tego chleb (jeden bochenek na kilka dni) raz na miesiąc kubek cukru, i trzecia część kostki masła. Obiad był przeważnie w formie zupy (grochowa, krupnik, jarzynowa). Dzień pracy rozpoczynał się o godzinie 6 rano pobudką, zaraz też wydane było śniadanie z polewką i ziemniakami, a o godzinie 7 wymarsz do pracy. Zakres wykonywanych prac polowych to pielenie, przerywanie buraków cukrowych, wiązanie i ustawianie snopków podczas żniw, zbieranie ziemniaków za konną kopaczką. Prace te, niezależnie od warunków atmosferycznych, odbywały się w polu pod nadzorem włodarza. Zimą prace obejmowały łuskanie kukurydzy, czyszczenie zboża i jego workowanie, przebieranie grochu, oprzęt zwierząt. Praca z przerwami na posiłek trwała latem od 6 do 20 a zimą od 7 do 19. Obciążenie pracą dla dziewcząt było nadmierne. Zdarzały się omdlenia i zasypianie podczas prac. Wydatek siły był nadmierny dla tego wieku. Jedno, co można stwierdzić, że włodarz Polak nie stosował przemocy wobec dziewcząt, jednak sam fakt nadzoru przez rządcę Bartza poruszającego się konno z psem i batem (którego nie wahał się używać), stwarzał atmosferę zagrożenia i przymusu. Obszar wykonywanych prac to majątek Siedlec, ale także Wiktorowo i Iwno. Część dziewcząt była oddelegowana do Iwna, gdzie funkcjonował ośrodek Hitlerjugend (ośrodek szkoleniowy niemieckiej młodzieży hitlerowskiej), a niektóre pracowały u niemieckich gospodarzy. Pod żadnym pozorem dziewczęta nie mogły opuścić ośrodka w Siedlcu, chociaż sam pałac nie był strzeżony. Strach przed represjami, jakie mogły dotknąć rodzinę w razie nieposłuszeństwa, był najlepszym strażnikiem. O uczęszczaniu do szkoły nie było mowy, a gdy padła propozycja nauki w języku niemieckim, gremialnie jej wszystkie odmówiły. Rekompensatą braku szkoły były wieczory, podczas których dziewczęta śpiewały polskie piosenki i deklamowały wierszyki – dodaje Michał Pawełczyk.

Obóz funkcjonował do 1945 r., gdy wkroczyły wojska sowieckie i kończyła się II wojna światowa. O tym, że w Siedlcu znajdował się obóz pracy dzieci potwierdziło śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej.

– Początkowo IPN nie wierzył. Nie było dowodów, dokumentów. Niemcy też niechętnie dzielili się informacjami. Na szczęście byli żywi świadkowie tych wydarzeń. W obozie tym pracowała moja ciotka, która niedawno obchodziła 90. urodziny. Jest jedną z ostatnich żyjących osób, które przeżyły piekło w tym miejscu. Wiem od niej, że nikt tam nie zginął, nie został zastrzelony – wskazuje Michał Pawełczyk, historyk i regionalista.

We wrześniu 2001 roku IPN wszczął śledztwo, w którym ustalono, że obóz Kinderlager Heimdorf Warthegau znajdował się na terenie majątku rolnego. Śledztwo zakończono w 2004 roku.

– Prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu postanowił umorzyć śledztwo w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości polegającej na utworzeniu przez funkcjonariuszy państwa niemieckiego w 1941 r., w majątku rolnym Siedlec k/Kostrzyna, miejsca pracy przymusowej dla polskich dziewcząt, istniejącego do stycznia 1945 r., w którym przebywające tam osoby pozostawiono wolności i zmuszano do niewolniczej pracy, co groziło im biologicznym wyniszczeniem – czytamy w postanowieniu Instytutu Pamięci Narodowej.

– W powyższej sprawie wszczęto śledztwo, w trakcie którego przesłuchano w charakterze świadków większość kobiet, które jako kilkunastoletnie dziewczynki umieszczono w majątku. Ustalono, że w okresie okupacji w majątku Siedlec mogło być zatrudnionych kilkadziesiąt dziewcząt z okolicznych miejscowości, jednorazowo mogło być ich około 50. Ich praca zakończyła się w miesiącu styczniu 1945 r., krótko przed wyzwoleniem tych terenów przez Armię Czerwoną. Z zeznań świadków wynika, iż pewnego dnia w styczniu 1945 r. po prostu pozwolono im iść do domów. Nie otrzymały żadnego dokumentu potwierdzającego ich kilkuletni pobyt w majątku – pisze IPN.

Wspomnienia Marii Osik z domu Wysockiej

Było to w roku 1942. Trwała wojna z Niemcami. Ja, Maria Osik z domu Wysocka mieszkająca w Nekli miałam wtedy 13 lat. Otrzymałam wezwanie od władz hitlerowskich w Środzie Wielkopolskiej, a konkretnie z Arbeitsamtu. (Urzędu Pracy). Wezwanie wstrząsnęło mną, byłam przecież dzieckiem, co miało znaczyć to wezwanie?

Byłam pełna obaw, co też się ze mną stanie. Ponieważ nie było żadnej komunikacji ze Środą, do urzędu zawiozła mnie rowerem moja siostra Irena. Na miejscu oczekiwała już duża, około 60 osobowa grupa dzieci, przeważnie z powiatu średzkiego. Rozpoczęto rejestrację, a po niej nastąpił załadunek na furmanki podstawione pod urząd. Tymi konnymi wozami podwieziono nas do obozu w nieznanej mi miejscowości. Droga nam się dłużyła, było zimno i głodno. Furmanki poruszały się niespiesznie. Przywieziono nas do miejscowości nazwanej przez Niemców Heimdorf. Był tam stary pałac, w którym wyremontowano 3 pomieszczenia na górze. Na podłodze rozesłano słomę, którą przykryto szarymi kocami. Do przykrycia otrzymałyśmy pledy. Tak to zaczęłyśmy życie obozowe w podłych warunkach, my dzieci pozbawione rodzinnego wsparcia. Kierownikiem obozu (włodarzem) był Józef Walczak. Przez pierwszy okres wieczorami rozlegał się rozpaczliwy płacz tęskniących dzieci. Na dole pałacu znajdowała się kuchnia, w której główną rolę grał duży kocioł. Obiady w kuchni gotowała kucharka ze wsi, mając do pomocy jedną z dziewczynek. Kuchnia wyposażona była w miski. W nich otrzymywałyśmy stałe menu. Na śniadanie jadłyśmy zupę zalaną mlekiem, w południe na pole przywożono zupę ugotowaną z różnych składników, trudnych do zidentyfikowania ersatzów. Wieczorem otrzymywałyśmy miskę ugotowanych w łupinach ziemniaków. W ramach prowiantu dostawałyśmy tygodniowo nabierkę marmolady z buraków, dwa małe chleby specjalnie dla nas wypiekane, a zawierające ziemniaki, 1 szklankę cukru oraz raz na 3 tygodnie ćwiartkę kostki masła. Nigdy nie otrzymałyśmy mięsa lub jego przetworów, sera lub innych podobnych wiktuałów. Najgorzej zaś było z higieną osobistą. Nie dostarczano żadnych środków do mycia lub prania, żadnych środków higieny osobistej, a przecież byłyśmy dziewczynkami w okresie dojrzewania. Nie otrzymywałyśmy żadnej opieki lekarskiej czy też lekarstw, odzieży ochronnej i butów. Na nasze przyjęcie obóz był organizacyjnie przygotowany. Każda dziewczynka otrzymała zestaw narzędzi do robót polowych: haczkę, grabie, łopatę itp. Codziennie rano obywała się zbiórka o godzinie 7 rano. Na tym apelu liczono nas.

Wiosną pracowałyśmy przy przerywce buraków, pieleniu i hakaniu na polach z marchwią, ziemniakami czy też innymi warzywami. Gdy i to wykonałyśmy, zbierałyśmy kamienie na polach. Praca w polu trwała w lecie od rana do wieczora, we wszystkie soboty i niedziele. W czasie sianokosów grabiłyśmy siano, które ładowałyśmy na wozy. Podczas żniw za kosiarkami wiązałyśmy snopki i ustawiałyśmy w sztygi. Jesienią były wykopki. Całe pola były obsadzone ziemniakami, burakami itp. warzywami. Ziemniaki wybierano maszynami, ale tam gdzie nie mogły one wjechać, my wybierałyśmy motykami. Podzielono nas na pary i wyznaczano zakres pola, około 30 do 40 metrów. Zbierałyśmy je w duże kosze, musiały być pełne i zanosiłyśmy na pryzmy. Były dokładnie liczone. Ta praca była ponad siły dziewcząt.

To po niej zostawał ból całego ciała. Sporo ziemniaków pozostawało w ziemi, wdeptane i niezauważone. Dlatego też bronowano jeszcze pole, już po przymrozkach i ponownie musiałyśmy zbierać ziemniaki. Z burakami i innymi warzywami było jeszcze gorzej, gdyż pozostawiano je do opadów śniegu i wtedy rękoma musiałyśmy je wyrywać kompletnie zmarznięte. Trochę lepiej było w okresie zimowym, ale cały czas zabezpieczono dla nas pracę. Pracowałyśmy przy przerzucaniu mierzwy w pryzmie, pracowałyśmy w magazynach przy przesypywaniu zboża lub jego workowaniu oraz transportowaniu do innego magazynu. Przywożono worki z grochem i musiałyśmy go przebierać. Będąc dziećmi, nie zdawałyśmy sobie sprawy, jak oddaleni jesteśmy od domu i którędy do niego dotrzeć. Bo o przemieszczaniu się zwykłą drogą nie mogło być mowy. Miałyśmy przecież zakaz opuszczania obozu. Po ponad roku, zimą, po sobotniej pracy, zwolnione potajemnie z pracy w niedzielę, kierowani przez bardziej zorientowaną w terenie i bardziej zaawansowaną wiekowo Kazię Głowacką ze Starczanowa, poprowadzone polami i lasami dotarłyśmy do domów w Nekli. Ze strachu często wracałyśmy rano w niedzielę do obozu. Ponieważ szkoły i kościoły zamknięto, nie było żadnego życia duchowego. Nie chodziłyśmy do szkoły, nie uczyłyśmy się, nie miałyśmy książek, zeszytów czy ołówków. Owszem zaproponowano nam naukę w szkole niemieckiej, oczywiście w języku niemieckim, ale odmówiłyśmy. Po dłuższym czasie przewieziono nas do Iwna (wtedy Weidensee), gdzie mieszkałyśmy w małym domku. Prace wykonywałyśmy takie same, do pracy przydzielono dodatkowo ogrodnika. Po pewnym czasie przewieziono nas do Siedlca (Heimdorf), do starego domu, gdzie byłyśmy już do końca wojny. Nic nie wiedziałyśmy o wojnie, sytuacji na froncie. Dlatego zaskoczone byłyśmy słowami żony Treuhändlera (powiernika), gdy jak zwykle stałyśmy na apelu:

Dzieci, wracajcie do domu, wojna się dla was skończyła. Okazało się, że oni byli już spakowani, gotowi do wyjazdu, a my nie wiedziałyśmy co zrobić. Szosy zapchane były wojskiem i uciekinierami, my bez dokumentów, a niektóre do domu miały daleko. Szłyśmy więc do domu lasami i bocznymi drogami.

Obecnie trudno jest potwierdzić formalnie istnienie obozu. Dokumentacja obozu w Środzie została spalona, obóz był zakamuflowany. Próby stworzenia dokumentacji sprawiały trudności z uwagi na zmianę nazwisk dziewcząt w przypadku wyjścia za mąż. Dobre wyniki przyniosła audycja telewizyjna „Dopóki żyje ostatni świadek” nadana w programie drugim TVP w dniu 29.07.1998 r., który prowadziła redaktor Agnieszka Siwek. Akcję poszukiwawczą rozproszonych dziewcząt prowadziła też jedna z nas Alicja Mańkowska (zamężna Kaczanowska) mieszkająca w Goleniowie. Jednak zarówno śledztwo prowadzone przez IPN, jak i powyższe działania nie przyniosły szerszych efektów. Nadal Kinderlager Heimdorf okryty jest zasłoną milczenia. Dzieci przeżyły obóz pracy, ale wiele z nich zapłaciło utratą zdrowia, chorobami i wczesnym zgonem. Ja zapłaciłam próchnicą zębów i ich całkowitym zniszczeniem.

Niech pamięć o cierpieniu tych młodych osób z naszego terenu nie zaginie.


Dziewczęcy pamiętnik z tego czasu. Wpis Stanisławy Tomczak

Wspomnienie Joanny Zbierskiej z Czerlejna:

Widywałam jak wymizerowane dziewczęta wychodziły z kuchni, niosąc w ręku miesięczny przydział cukru, marmolady, kawałek kostki masła i chleb. Jedna z nich, nie mając przy sobie miseczki ani kubka, niosła w fartuszku luźny cukier. Zapewne zgłodniała, usiadła w pewnym momencie na stopniach schodów i wyjadała ziarenka cukru z fartuszka, bacząc, by się nie rozsypały. Od siostry dowiedziałam się, że ich dzień pracy zaczyna się pobudką o godz. 6:00 i śniadaniem w postaci polewki, by o 7:00 rano stawić się na apelu, a następnie pod nadzorem włodarza udać się do prac polowych takich jak pielenie chwastów, przerywka buraków cukrowych, grabienie, i wiązanie siana, prace żniwne, przesypywanie zboża, zbieranie ziemniaków.

Podczas przerwy kuchnia podawała obiad przeważnie w formie warzywnej zupy. Dzień pracy latem kończono o godz. 20.00, a zimą o godz. 19. Mówiła też, że w wolnych chwilach, mimo całodziennego zmęczenia, wieczorami dziewczęta śpiewają polskie piosenki i czasem deklamują wiersze. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności praca Joasi w Siedlcu skończyła się po roku. Kiedy dowiedzieliśmy się, że rodzina niemiecka w Iwnie poszukuje opiekunki do małych dzieci, bardzo się ucieszyliśmy. Joasia znając dobrze język niemiecki, zgłosiła się i została przyjęta. Pochodząca z Bremen rodzina Fischerów traktowała ją po ludzku i bardzo polubiła „Jaszę”, która przebywała u nich do końca wojny.


Źródło: Michał Pawełczyk

W publikacji wykorzystano materiały z "Przeglądu Nekielskiego" oraz "Kostrzyńskiego ABC".


Komentarze (0)

Dodaj swój komentarz

Nick: (max. 40znaków)

Treść komentarza (maksymalnie 1500 znaków):

Pozostało znaków: 1500

Wpisz kod z obrazka: (cyfry i litery a-f)

REGULAMIN:
Publikowane komentarze odzwierciedlają osobiste poglądy ich autorów, którzy ponoszą wyłączną odpowiedzialność za ich treść. Wpisy naruszające polskie prawo, dobra innych osób, zawierające słowa powszechnie uznane za wulgarne oraz nie związane bezpośrednio z komentowanym tekstem będą kasowane. Niedopuszczalne jest również zamieszczanie w treści komentarzy linków do innych stron internetowych, reklam oraz danych osobowych i adresowych osób prywatnych i firm. Komentarze ukazują się na stronie po akceptacji przez moderatora, co nie zwalnia ich autorów od odpowiedzialności za wygłaszane treści.
Aktualności
R E K L A M A
Niezapominajka
26

lip

Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury "Kostrzynianka" ul. Poznańska 33, Kostrzyn
Akcja honorowego poboru krwi dla chorych na białaczkę
w godz. 8:30-14:30

30

lip

Czerlejnko
Malinowe lato: Spektakl "O świętomarcińskich rogalach" - Teatr Mozaika

31

lip

KOSTRZYN, przychodnia Sanus, ul. Braci Drzewieckich 1
Bezpłatne badania cytologiczne dla kobiet w wieku 25-59 lat
w godz. 9:00-17:00

06

sie

Kostrzyn
Malinowe lato: koncert zespołu Djibril

08

sie

SIEKIERKI, Skwer im. Powstańców Wielkopolskich
Malinowe lato: Spektakl dla dzieci "Ciocia Jadzia" Teatr Fuzja

[ wszystkie ]

Sonda
Gdzie w tym roku spędzisz/spędziłeś(aś) swój urlop i wakacje?

nad morzem

nad jeziorem

w górach

za granicą

w innym dużym mieście

w domu - nigdzie nie wyjadę

w pracy - nie mam urlopu


Komentarze
Ogłoszenia
Newsy na Twoją skrzynkę!
Zapisz się na listę mailingową:
Twój e-mail: